I Rzeszowski Turniej Kibiców Klubów — relacja!

(od lewej u góry: Jac­kob, Bal­cer, Lolek, Hubert, Lasio. Od lewej u dołu: Shun­suke, Idler, Zak­kusu, Smoke, Beny)

26 sierp­nia poja­wił się na forum vcf.pl temat o nazwie „Rze­szów: Valen­cia CFFC Liver­pool 25 wrze­śnia”. Valen­cia? Liver­pool? RZESZÓW!? Tylko jedno spoj­rze­nie i już wie­dzia­łem, że dwu­dzie­sty piąty dzień wrze­śnia będzie dla mnie dniem zaję­tym. Jako rodo­wity rze­szo­wia­nin, po pro­stu nie mogłem nie uczest­ni­czyć w tym pięk­nym wydarzeniu.

W tema­cie napi­sane było, że orga­ni­za­tor (beny) wstęp­nie zapra­sza na mecz pomię­dzy kibi­cami Valen­cii i Liver­po­olu orga­ni­zo­wany w Rze­szo­wie. Już dru­gim postem był post Mastera, przed­sta­wi­ciela LFC, aby zor­ga­ni­zo­wać mini-turniej na rze­szow­skim orliku wraz z kibi­cami innych dru­żyn. Pomysł spo­tkał się z apro­batą i zaczęto szu­kać noc­legu dla przy­jezd­nych. W trak­cie roz­mów tur­niej prze­nie­siono z 25 wrze­śnia na 2 paź­dzier­nika . Należy także wspo­mnieć, iż kibice wyszli z ini­cja­tywą zebra­nia pie­nię­dzy dla cho­rego Domi­nika, które mają pomóc sfi­nan­so­wać skom­pli­ko­waną i drogą ope­ra­cję krę­go­słupa chłopca. Stwo­rzono puszkę i zachę­cono kibi­ców do zabra­nia ze sobą pie­nię­dzy na zbiórkę. Póź­niej wiele było zabaw z orga­ni­zo­wa­niem składu, gdyż wielu sym­pa­ty­ków się zade­kla­ro­wało, ale nie­stety coś im wypa­dło w dniu na który prze­nie­siono tur­niej. Gdy już usta­lono miej­sce noc­legu oraz dokładną datę i godzinę, pozo­stało tylko do końca zebrać skład i ze znie­cier­pli­wie­niem cze­kać na pierw­szy week­end paź­dzier­ni­kowy. Osta­tecz­nie dru­żyna fanów Valen­cii wyglą­dała następująco:

1.Ba1cer
2. Shun­suke
3. Zak­kusu
4. Lolek
5. idler
6. Hubert
7. beny
8. Jac­kob
9. lasio
10. Smoooke.

UPRAGNIONY 2 PAŹDZIERNIKA.

Gdy się obu­dzi­łem i wyj­rza­łem za okno, ade­kwat­nie do pogody, spo­chmur­nia­łem. Było szaro, chłodno i wietrz­nie. Mogło być to spo­wo­do­wane wcze­sną godziną pobudki lub po pro­stu gry­ma­sem kogoś z góry. Gdy jed­nak dosta­łem się do cen­trum mia­sta ok. godziny 10.00 roz­ja­śniło się i zro­biło się cał­kiem przy­jem­nie. Kibice VCF umó­wieni byli pod sła­wet­nym pomni­kiem Czynu Rewo­lu­cyj­nego (a.k.a Wielka Ci**), gdzie uda­łem się nie­mal od razu po wyj­ściu z auto­busu. Ujrza­łem grupkę ludzi sto­ją­cych pod pomni­kiem i spo­śród bluz, moim oczom ujaw­niła się piękna, biała koszulka Valen­cii. To musieli być oni. Szyb­kim kro­kiem skie­ro­wa­łem się do kibi­ców i przy­wi­ta­łem się z kole­gami. Na miej­scu byli już Beny, Bal­cer, Shun­suke, Zak­kusu, Lolek, Hubert, Smoke oraz, o ile się nie mylę, Xavier. Pozo­stał tylko Lasio. Umó­wieni byli­śmy na 10.30, ale Beny przez tele­fon doga­dał się z Lasiem, aby ten zja­wił się troszkę szyb­ciej, gdyż już na niego cze­kamy. Nagle do naszej grupki pod­szedł pewien chło­pak i zapy­tał się „czy my na tur­niej?”. Wszy­scy odpo­wie­dzieli, że tak i prze­ko­nani, że mają do czy­nie­nia z Lasiem poczęli się witać i przed­sta­wiać. Gdy jego­mość przy­wi­tał się z Zak­kusu, zdzi­wio­nym wzro­kiem popa­trzył na jego koszulkę Valen­cii i zapy­tał „to wy nie z Man­che­steru?”. Na wspo­mnie­nie samej nazwy zespołu wszy­scy zaczęli się śmiać i, na żarty, zło­rze­czyć kibi­cowi MU (oczy­wi­ście przy­czyną był prze­grany mecz w LM 0–1). Chło­pak został z nami do czasu, aż zja­wił się Lasio (ten praw­dziwy) i po przy­wi­ta­niu się, ruszy­li­śmy do McDo­nalda, gdzie także kibice innych zespo­łów mieli zosta­wione bagaże i cze­kali na orga­ni­za­to­rów, aby udać się do miej­sca zakwa­te­ro­wa­nia.
Gdy przy­szli­śmy do Fast fooda prze­peł­nio­nego kibi­cami kilku dru­żyn, zwo­ła­li­śmy wszyst­kich i uda­li­śmy się do pen­sjo­natu „Alko”, gdzie kibice mieli zare­zer­wo­wane miej­sca. Zapis prze­biegł bez pro­blemu i po pozo­sta­wie­niu rze­czy, wszy­scy wyru­szy­li­śmy na boisko, na któ­rym roze­grany miał być tur­niej. Po zwycięstwo!

Na miej­sce dotar­li­śmy w nie­całe 20 minut. Wszy­scy prędko prze­brali się w stroje swo­ich ulu­bio­nych klu­bów, lub po pro­stu koszulki koloru repre­zen­tu­ją­cego daną dru­żynę. Na miej­scu dopiero zauwa­ży­li­śmy ile naprawdę ludzi przy­było na tur­niej. Byli tam kibice Chel­sea, Arse­nalu, Liver­po­olu, Man­che­steru, Realu Madryt i oczy­wi­ście Valen­cii. Było ok. 60 osób. Po prze­bra­niu się w stroje spor­towe zaczę­li­śmy roz­grzewkę. Po ok. 20 minu­tach zaczęto loso­wać grupy. Modli­li­śmy się, aby w gru­pie wylą­do­wać z Man­che­ste­rem, nie tylko, aby zasma­ko­wać zemsty, ale dla­tego, że to wła­śnie kibi­ców Czer­wo­nych Dia­błów było naj­mniej i wyglą­dali sto­sun­kowo naj­mniej groź­nie. Po kilku peł­nych napię­cia chwi­lach znane były grupy.

W gru­pie pierw­szej:
1.    Arse­nal
2.    Man­che­ster
3.    Valencia

W gru­pie dru­giej:
1.    Real Madryt
2.    Chel­sea
3.    Liverpool

Z loso­wa­nia byli­śmy zado­wo­leni. Zostało jesz­cze kilka chwil na to, aby się roz­grzać, a potem zaczy­nał się pierw­szy mecz. Oka­zało się, że gramy go my! Przed samym meczem, za dobry pomysł uzna­łem napi­cie się soku. Otwo­rzy­łem i spo­koj­nie piłem, gdy nagle pod­biegł do mnie Beny i z ręki wyrwał mi zakrętkę. Zdzi­wiony patrzy­łem na dal­sze czyn­no­ści naszego „kapi­tana” i w końcu przy­po­mnia­łem sobie, że pije sok Tym­bark. Ura­do­wany Capi­tano prze­czy­tał wia­do­mość na zakrętce na głos, pro­ro­cze „To da się zro­bić!”. Roz­śmie­szeni wyszli­śmy na murawę, aby zacząć pierw­szy mecz.

VALENCIA vs. ARSENAL

Będąc szcze­rym, muszę przy­znać, że w tym aka­pi­cie nie ma się czym chwa­lić. Roz­po­czę­li­śmy mecz pełni werwy i ener­gii, ale tak samo wyglą­dało to po dru­giej stro­nie boiska. Obie dru­żyny były pełne chęci, aby to spo­tka­nie wygrać. Jed­nakże, już w pierw­szych minu­tach widać było, że jeste­śmy po pro­stu dru­żyną kibi­ców, któ­rzy znają się tylko ze strony inter­ne­to­wej. Nie mie­li­śmy wyczu­cia, nie zna­li­śmy się. 1 bramka padła dość szybko i to już ona pod­cięła nam skrzy­dła na resztę meczu.  Arse­nal poszedł za cio­sem i w sto­sun­kowo krót­kim cza­sie „dostrze­lili” nam jesz­cze 2 bramki. Zre­zy­gno­wani stra­ci­li­śmy chęci do dal­szej gry i wie­dząc, że ten mecz jest prze­grany dobrnę­li­śmy do końca gra­jąc niczym znu­dzeni ucznio­wie na wf-ie. Jako tako, roz­ru­szała nas bramka, którą strze­li­łem już pod sam koniec spo­tka­nia, strze­la­jąc do bramki zdez­o­rien­to­wa­nego po strzale bramkarza.

Wynik: Arse­nal 3 – 1 Valencia

REAL MADRYT vs. LIVERPOOL

Zaraz po naszym meczu, odbyło się spo­tka­nie pomię­dzy kibi­cami Realu, a Liver­po­olu. Zmę­czony po pierw­szym meczu nie oglą­da­łem potyczki tych dwóch zespo­łów. Wiem jed­nak, że walka była bar­dzo wyrów­nana, a pierw­szy na pro­wa­dze­nie wyszedł Real, a nie­długo po nich bramką z rzutu wol­nego popi­sał się nie­jaki Dustin z dru­żyny LFC.

Wynik: Real Madryt 1 – 1 Liver­pool

ARSENAL vs. MANCHESTER

Następ­nym meczem było spo­tka­nie pomię­dzy Arse­na­lem, a Man­che­ste­rem. To spo­tka­nie inte­re­so­wało już nas wszyst­kich. Od wyniku zale­żało to, jak bar­dzo będziemy musieli się sta­rać w meczu z Manchesterem.

Spo­tka­nie oka­zało się jed­no­stronne. Pozor­nie bez­silny Man­che­ster, zło­żony z kilku zna­jo­mych dał popa­lić Arse­na­lowi. Dwoma zło­żo­nymi akcjami popi­sali się kibice Czer­wo­nych Dia­błów, a trze­ciego gola doło­żył zawod­nik ManU strze­la­jąc zza pola kar­nego. Zde­cy­do­wani nie był to wynik korzystny dla nas. Naszym następ­nym meczem, miało być wła­śnie spo­tka­nie z pogrom­cami naszych wcze­śniej­szych pogrom­ców. Zawiało grozą.

Wynik: Arse­nal 0 – 3 Man­che­ster

LIVERPOOL vs. CHELSEA

W tym wła­śnie meczu Liver­pool poka­zał jaką tak naprawdę dru­żyną jest. Oka­zało się, że ci kibice nie są tylko zbie­ra­niną nie­zna­jo­mych. Z tego co wszy­scy zgod­nie wywnio­sko­wali, musieli oni nale­żeć do jakichś klu­bów ama­tor­skich, lub gene­ral­nie klu­bów ze swo­jego regionu, i co wię­cej, musieli w nich grać razem. Świet­nie się znali. Odnaj­dy­wali się na boisku, grali dokład­nie, szybko. Mieli bar­dzo duże umie­jęt­no­ści i zapewne lata prak­tyki. Spo­tka­nie toczyło się w szyb­kim tem­pie, a nawet za szyb­kim dla kibi­ców Chel­sea. Pierw­sza bramka padła po ładnej akcji dwóch zawod­ni­ków LFC. Druga wpa­dła zaraz po pierw­szej. Kiedy wpa­dła trze­cia, nawet nie zauwa­ży­li­śmy. Na prze­rwę scho­dzili kibice Liver­po­olu z zapa­sem trzech bra­mek, po prze­rwie doło­żyli jesz­cze dwie. Wbrew pozo­rom, spo­tka­nie było dosyć nudne, gdyż prze­wa­żała zde­cy­do­wa­nie tylko jedna strona, a kibice The Blues stra­cili zapał po trze­ciej stra­co­nej bramce. Druga połowa roz­gry­wała się w pełni pod dyk­tando The Reds.

Wynik: Chel­sea 0 – 5 Liver­pool

VALENCIA vs. MANCHESTER

Po trzech meczach spo­koju nad­szedł wresz­cie naj­waż­niej­szy moment fazy gru­po­wej dla kibi­ców Valen­cii. Jesz­cze tylko krótka prze­mowa naszego wła­snego Unaia Emery’ego (czyt. Beny ) i gotowi na spo­tka­nie z prze­zna­cze­niem zaczę­li­śmy mecz. Wbrew tego, czego spo­dzie­wali się wszy­scy, czyli kolej­nego jed­no­stron­nego spo­tka­nia, gra­li­śmy spo­koj­nie i z wyczu­ciem. Kon­tro­lo­wa­li­śmy piłkę i co naj­waż­niej­sze – cie­szy­li­śmy się grą. Swo­bod­nie wymie­nia­li­śmy poda­nia i two­rzy­li­śmy coraz to nowe akcje. To my prze­wa­ża­li­śmy od pierw­szych minut spo­tka­nia. Pierw­szego gola dla Valen­cii strze­lił Artur (Zak­kusu). Nie będę kła­mał i przy­znam się, że nie pamię­tam jak on wyglą­dał, ale był nie­wąt­pli­wie piękny . Roz­luź­nieni i zachę­ceni przez pierw­szą bramkę zaczę­li­śmy ponow­nie for­so­wać bramkę prze­ciw­nika. Nie zado­wa­lał nas wynik 1 – 0, dla­tego dąży­li­śmy do powięk­sze­nia rezul­tatu. I w tym momen­cie zosta­li­śmy zasko­czeni. Zła­pani w momen­cie, gdy uka­za­li­śmy swój słaby punkt, któ­rym była obrona (gdzie dziel­nie wal­czył Hubert, gdyż cała reszta, była naj­wi­docz­niej napast­ni­kami z krwi i kości i wra­ca­nie do defen­sywy nie były tym czym można było ów resztę cecho­wać) stra­ci­li­śmy gola. Zmo­ty­wo­wani, a zara­zem zde­spe­ro­wani ruszy­li­śmy do kontr­ataku. Nie­długo czasu potrze­bo­wa­li­śmy na strze­le­nie dru­giego gola. Pod koniec pierw­szej połowy zosta­łem obsłu­żony pięk­nym dłu­gim poda­niem z prze­ciw­nej strony boiska i strze­li­łem po ziemi. Piłka prze­szła tuż obok słupka i ura­do­wany pogo­ni­łem na naszą połowę. Dały się sły­szeć krzyki Beny’ego, aby strze­lić jesz­cze jedną bramkę, wtedy wyszli­by­śmy z grupy na pierw­szym miej­scu, ex aequo z Man­che­sterm pozo­sta­wia­jąc pod sobą Arse­nal. Pomy­śla­łem „mówisz – masz”. W dru­giej poło­wie nie pod­da­li­śmy się i nadal ata­ko­wa­li­śmy. W pew­nym momen­cie piłka poto­czyła się za linię autową, ok. 2 m. od naroż­nika. Był to aut dla nas. Wzią­łem piłkę w ręce i zoba­czy­łem jak Artur daje znak, aby wrzu­cać w pole. Tak też uczy­ni­łem. I w ten wła­śnie spo­sób naj­niż­szy zawod­nik tur­nieju strze­lił swo­jego dru­giego gola strze­la­jąc z główki. Eufo­ria, krzyk i radość, tak można było opi­sać naszą reak­cje. Wąt­pi­li­śmy, aby kibice ManU zdo­łali się pod­nieść po trze­cim stra­co­nym golu. Aby pod­kre­ślić naszą wygraną, hat-tricka zali­czył Artur. Kolej­nym golem, któ­rego nie pamię­tam zamknął wynik tego spo­tka­nia i oka­zało się, że roz­po­czął rywa­li­za­cje o tytuł króla strzel­ców tur­nieju. W tym meczu, należy także wspo­mnieć o kapi­tal­nej dys­po­zy­cji naszego bram­ka­rza – Bal­cera, który na to spo­tka­nie zamie­nił się z Lol­kiem, który posta­no­wił zawo­jo­wać prze­ciwną stronę boiska i odda­lić się od wła­snej bramki. Nasz por­tero popi­sał się wie­loma wspa­nia­łymi inter­wen­cjami.
Czwarty gol, dawał nam w bilan­sie bra­mek jed­no­punk­tową prze­wagę nad Man­che­ste­rem, co było jed­no­znaczne z naszym wyj­ściem z grupy z zaszczyt­nej pozy­cji  1 miej­sca. Zaraz za nami Man­che­ster, a Arse­nal został roz­grywki zakoń­czył na fazie gru­po­wej z 3 zdo­by­tymi bram­kami, ale za to z pię­cioma stra­co­nymi, co czy­niło ich prze­gra­nymi. Dla The Gun­ners liczyła się już tylko walka o 5 miej­sce. A z kim? Z prze­gra­nym następ­nego meczu!

Wynik: Valen­cia 4 – 1 Manchester

REAL MADRYT vs. CHELSEA

Jed­nym z dwóch naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych i emo­cjo­nu­ją­cych meczów był wła­śnie ten. To spo­tka­nie miało wyło­nić dru­żynę, która wyj­dzie z grupy jako druga w parze z Liver­po­olem i zagra z nami w pół­fi­nale. Mimo tego, że był to mecz, który teo­re­tycz­nie powi­nien zapaść w pamięć, to w moich wspo­mnie­niach nie pozo­stał na długo. Wiem tylko, że mecz Real roz­po­czął z impe­tem. Z początku dwu­bram­kowe pro­wa­dze­nie Kró­lew­skich prze­rwały dwa gole Chel­sea dające remis. Następ­nie wice­mistrz Pri­mery wyszedł na pro­wa­dze­nie ponow­nie dwoma golami, a ostat­nią bramkę doło­żyli kibice Chel­sea. Bar­dzo wyrów­nany mecz.

Wynik: Real Madryt 4 – 3 Chelsea

ŁFINAŁY


MANCHASTER vs. LIVERPOOL

I znowu na jaw wycho­dzą pro­blemy pisa­nia rela­cji z dwu­ty­go­dnio­wym opóź­nie­niem. Mecz, z któ­rego pamię­tam tylko i wyłącz­nie wynik, oraz wra­że­nie, które zosta­wił Liver­pool – byli po pro­stu o kilka pozio­mów wyżej. Spo­tka­nie zakoń­czyło się miaż­dżą­cym wyni­kiem z korzy­ścią dla Liver­po­olu. Jedną tylko bramkę zdo­byli kibice Red Devils. Od tego momentu myśle­li­śmy, że jedyne na co nas stać to 4 miej­sce, co cały czas uświa­da­miał nam Lolek (i tu Cię mamy, drogi Piotrze! ).

Wynik: Mmche­ster 1 – 6 Liver­pool

REAL MADRYTVALENCIA

Pół­fi­nał rodem z pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego. Wiel­kie nadzieje i jesz­cze więk­sze chęci doko­pa­nia Kró­lew­skim za ten nie­zno­śny widok tyl­nej czę­ści bia­łej koszulki z trze­ciego miej­sca w Lidze BBVA. Byli­śmy nabu­zo­wani i pełni ener­gii, chcie­li­śmy wygrać. Kibice Realu poka­zali się z dobrej strony w fazie gru­po­wej. Pomimo względ­nie wyrów­na­nych meczów, widać było, że znają się oni już od jakie­goś czasu. Na doda­tek, wszy­scy byli z Rze­szowa.  Na boisko wyszli­śmy z wysoko pod­nie­sio­nymi gło­wami i bez stra­chu. Zaczęło się.
Mecz był bar­dzo wyrów­nany. Z całej siły napie­ra­li­śmy na bramkę prze­ciw­nika, ale oni niczym sprę­żyna odpy­chali nas i ata­ko­wali coraz to moc­niej. Kilka razy było bli­sko. Chyba każdy kibic Valen­cii zali­czył choć jeden strzał w stronę bramki Realu, ale tam czuj­nie spra­wo­wał wartę nie­ugięty bram­karz. Cią­głe ataki powoli zaczęły nas męczyć. Zmiany zaczęły nastę­po­wać coraz szyb­ciej, bra­ko­wało sił. W pew­nym momen­cie bły­ska­wicz­nym kontr­ata­kiem popi­sali się kibice Kró­lew­skich i zasko­czyli nadal kapi­tal­nie spra­wu­ją­cego się na bramce Bal­cera. Wtedy wła­śnie nas zatkało. Nie byli­śmy w sta­nie skon­stru­ować akcji, ale posta­no­wi­li­śmy, że kolej­nej bramki nie stra­cimy. Hubert, nadal dziel­nie spra­wu­jący się w obro­nie dostał do pomocy Smoke’a lub zamien­nie Xaviera i Shun­suke. Z przodu był Lasio, Lolek, Artur lub ja. Gdy nie­wiele już czasu pozo­stało do końca pierw­szej połowy, kapi­tal­nym pro­sto­pa­dłym poda­niem Lasio obsłu­żył Lolka, który samot­nie popę­dził na bramkę Realu Madryt. Pędził i pędził, a w tym pędzie nie zauwa­żył nawet, że zaraz obok niego pędzę ja i mimo, iż była to sytu­acja dwóch kon­tra bram­karz Lolek posta­no­wił strze­lić. Chwała mu za to, gdyż była to w stu pro­cen­tach słuszna decy­zja. To wła­śnie ta akcja dała nam remis i dała nadzieję na wygraną. Zmę­czeni zeszli­śmy na prze­rwę i wsłu­cha­li­śmy się w rady naszego „tre­nera”. Musie­li­śmy się po pro­stu nie pod­da­wać i „do cho­lery wygrać mecz z tymi skurw****ami”. Zaczęła się druga połowa.

W dru­giej odsło­nie nie można było dostrzec zwy­cięzcy. Cała połowa odby­wała się bar­dzo powoli, z chę­cią gry tak­tycz­nej i prze­trzy­my­wa­nia piłki. Mecz roz­gry­wał się głów­nie w obrę­bie środ­ko­wej czę­ści boiska. Pod koniec meczu gra się oży­wiła i znów kil­koma świet­nym para­dami popi­sał się Bal­cer, który wciąż nie­zmor­do­wa­nie moty­wo­wał nas do walki. Ostat­nie minuty mijały w prze­ko­na­niu o rzu­tach kar­nych. Tak naprawdę chyba nikt tego nie chciał i to wła­śnie dla­tego wtedy oży­wiła się gra. Piłka latała z jed­nej połowy na drugą , odda­wano wię­cej strza­łów, aż wresz­cie jeden z naszych zawod­ni­ków popę­dził na stronę rywala, oddał strzał i… piłka odbiła się od obrońcy i wypa­dła za linię autową ok. 2 m od rogu. Można to uwa­żać za deja vu, za prze­zna­cze­nie lub po pro­stu łut szczę­ścia. Nada­rzyła się taka sama szansa jak w meczu z Man­che­ste­rem. Pod­sze­dłem do piłki, popa­trzy­łem na boisko i ujrza­łem Artura poka­zu­ją­cego znany mi już gest. Wrzu­ci­łem piłkę w pole i w tym momen­cie nastą­piła eks­plo­zja. Wrzask, Beny wybie­ga­jący na boisko, Artur bie­gnący w stronę kole­gów z dru­żyny z krzy­kiem na ustach i tym rado­snym wyra­zem twa­rzy. To było po pro­stu piękne. Była to jedna z tych chwil dla któ­rych warto było przy­je­chać na ten tur­niej. Zak­kusu strze­lił na trzy­dzie­ści sekund przed koń­cem meczu. Real się nie pod­niósł. Ten gol dawał nam zwy­cię­stwo i awans do finału, gdzie już cze­kał na nas Liverpool.

Wynik: Valen­cia 2 – 1 Real Madryt

FINAŁ

Tutaj, tak naprawdę nie będę się roz­pi­sy­wał. Liver­pool zdo­mi­no­wał nas od pierw­szej minuty, lecz grał odro­binę ostroż­niej niż w pozo­sta­łych meczach i wpa­ko­wał nam „tylko” 4 bramki. Naszego hono­ro­wego gola zdo­był oczy­wi­ście Artur, lecz w spo­sób w jaki gole zdo­bywa się w naj­lep­szych ligach. W ostat­niej minu­cie meczu podyk­to­wana dla nas rzut wolny sprzed pola kar­nego. Kibice LFC usta­wili mur, do strzału pod­szedł (o ile dobrze pamię­tam) Lasio, lecz zmy­lił liwer­pul­czy­ków poda­niem na bok, do sto­ją­cego na czy­stej pozy­cji Artura, który z pierw­szej piłki wpa­ko­wał piłkę pro­sto w okienko bramki.

Wynik: LIVERPOOL 4 – 1 VALENCIA

Tabela koń­cowa  I Rze­szow­skiego Tur­nieju Kibi­ców Klu­bów w Rze­szo­wie:
1.    Kibice klubu Liver­pool F.C.
2.    Kibice klubu Valen­cia C. F.
3.    Kibice klubu Real Madrid C. F.
4.    Kibice klubu Man­che­ster Uni­ted F.C.
5.    Kibice klubu Chel­sea F. C.
6.    Kibice klubu Arse­nal F.C.

A PO TURNIEJU

…umó­wi­li­śmy się na mecz Valen­cia – Ath­le­tic Bil­bao w „Cor­ner Pub” znaj­du­ją­cym się na rze­szow­skim rynku. Ów pub znaj­do­wał się nie­całe 50 m od pen­sjo­natu „Alko”, w któ­rym rezy­do­wali kibice spoza mia­sta. Przed pój­ściem na mecz, zali­czy­li­śmy wizytę w Bie­dronce i zaopa­trzy­li­śmy się w nie­zbędne napoje słu­żące uczcze­niu naszego pięk­nego zwy­cię­stwa. W pokoju kibi­ców Valen­cii w przy­tul­nym hostelu opróż­ni­li­śmy butelki przy miłej poga­wędce o nad­cho­dzą­cym sezo­nie, naszej uko­cha­nej Valen­cii, a także paso­wa­li­śmy naszego kolegę Artura, który wła­śnie wtedy koń­czył 18 lat. Naszej zaba­wie towa­rzy­szyła muzyka zespołu Dżem, który grał na Rze­szów Bre­ka­out Days. Mie­li­śmy nie­sa­mo­wity widok z okna na scenę i ludzi przed nią. Gdy nade­szła pora uda­li­śmy się na mecz. Dość trud­nym oka­zało się prze­pcha­nie przez publicz­ność festi­walu, ale dali­śmy radę. Na mecz przy­szli także kibice Arse­nalu, Liver­po­olu, oraz garstka kibi­ców Chel­sea. Trudno jest opi­sać to, co działo się w pubie. Nasze okrzyki zda­wały się zagłu­szać odby­wa­jący się na zewnątrz pubu kon­cert. Zaczę­li­śmy od zaśpie­wa­nia „Sto Lat” dla cho­rego Domi­nika, potem pie­śni prze­szły na tema­tykę spor­tową, a domi­no­wała przy­śpiewka „Ole ole, Ole Ola i tylko, tylko Valen­cia!”, a także nie­udolne próby zaśpie­wa­nia hymnu, pio­senki bluź­nier­cze na inne hisz­pań­skie kluby oraz wspólne śpie­wa­nie angiel­skich przy­śpie­wek klu­bów spor­to­wych Pre­mier League. W samym pubie, bez­po­śred­nio przed meczem, roze­gra­li­śmy także kilka „meczy­ków” gra­jąc w pił­ka­rzyki. Atmos­fera była nie­ziem­ska i na pewno nie zapo­mnę jej do końca życia. Ten piękny dzień uko­ro­no­wał fakt zwy­cię­stwa Valen­cii nad Ath­le­thi­ciem.
Pod­su­mo­wu­jąc chciał­bym podzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy wzięli udział w tym tur­nieju, a w szcze­gól­no­ści kibi­com Valen­cii, z któ­rymi wspa­niale spę­dzi­łem ten nie­za­po­mniany dzień. Chcia­łem także pod­kre­ślić, że nie­sa­mo­wi­tym jest, aby tak duża grupa osób pocho­dząca nie­malże z całej Pol­ski, jaką jest ta ok. 60 oso­bowa, potrafi zebrać się w jed­nym miej­scu, o jed­nej porze, aby tak wspa­niale spę­dzić czas, na doda­tek obie­ra­jąc sobie szczytny cel pomocy cho­remu chłopcu. Zde­cy­do­wa­nie cały ten tur­niej, w któ­rym nie wal­czy­li­śmy tak naprawdę o nic, można uznać za wielki suk­ces, gdyż myślę że każdy, poczuł wła­śnie to, po co tam przy­je­chał – ducha spor­to­wej rywa­li­za­cji, nie­za­po­mnianą atmos­ferę i przy­jaźń pomię­dzy kibi­cami tak róż­nych klubów.

(W prze­rwie pomię­dzy tur­nie­jem, a meczem pod­li­czone zostały pie­nią­dze, które udało się zebrać dla małego Domi­nika. O ile pamię­tam, była to suma 800 zł. Żywimy nadzieję, że pie­nią­dze te, będą w sta­nie pomóc mło­demu chłopcu zwal­czyć chorobę).

Chciał­bym także prze­pro­sić za wszyst­kie zapo­mniane infor­ma­cje, nie­do­cią­gnię­cia i błędy, gdyż z nie­za­leż­nych ode mnie przy­czyn rela­cja ta była pisana dwa tygo­dnie po fakcie.