
Na początku był chaos – jak zwykle zresztą w Valencii. Choć Unai Emery w przyzwoity sposób doprowadził zespół do, wyglądanego z utęsknieniem szczególnie przez klubowego księgowego, trzeciego miejsca na mecie ligowego sezonu 2010/2011, a w swoim debiucie w Champions League zaprezentował się z co najmniej solidnej strony, nowego kontraktu nijak nie mógł być pewien. Nie mógł, bo sam żadnej pewności nie dawał.
Co prawda w czasie trzyletniego pobytu na Estadio Mestalla, a jakże, rozwinął się jako szkoleniowiec niebywale, z idealisty przepoczwarzył w fachowca prawie pełną gębą, lecz wciąż zdarzało mu się zawieść. Sporadycznie, ale jednak, na wieść o personalnych decyzjach i taktycznych improwizacjach Baska, resztki włosów ze swej i tak zafrasowanej głowy rwać musiał prezydent Llorente, a tak być nie mogło.
Czytaj dalej